Drogi Fejsbuczku…

 

Ostatnio zaskoczyła mnie, opcja wyświetlania wspomnień na Facebooku. Nieubłaganie widzę swoje posty sprzed pięciu czy sześciu lat. Czasami łapię się za głowę i zastanawiam, co pisałam mając lat 19! Podejrzewam, że za kolejne pięć lat to, co teraz wydaje mi się zabawne, będzie dla mnie w jakiś sposób zawstydzające. Być może nawet i na ten wpis spojrzę krytycznym okiem trzydziestolatki, która pomyśli, że w 2016 ewidentnie nic nie wiedziała o życiu… Oczywiście nasze dorastanie, zbieranie doświadczeń i zmiana perspektywy zazwyczaj sprawia, że nasza przeszłość wydaje nam się niedojrzała, śmieszna, głupsza. Z jednej strony dewaluujemy swoją przeszłość, żeby mieć poczucie doskonalenia się. Nasza wybiórcza pamięć, podatna na zniekształcenia często wypiera pewne zdarzenia z przeszłości lub nadaje im inny, emocjonalny wydźwięk.

Reklama

 

Jakiś czas temu zajrzałam do książki, która zalegała na półce od paru ładnych lat. Znalazłam w niej listy od koleżanki, z którą korespondowałam jeszcze w liceum. Z uśmiechem i wzruszeniem spojrzałam na to, co nas wtedy bolało, dręczyło, martwiło, ciekawiło, bawiło i cieszyło. Zadzwoniłam do niej uradowana i opowiadam o tym archaicznym znalezisku. Uśmiałyśmy się do łez, a na koniec dodała: „Tylko nie wrzucaj tego na Facebooka!”. Zastanowiłam się, dlaczego w ogóle miałabym coś takiego zrobić? Przecież to tylko nasze prywatne sprawy, choć urocze i z perspektywy czasu zabawne, wcale nie mam ochoty z nikim się nimi dzielić.

 

Inaczej ma się sprawa obecnych nastolatków. Ilu z nich zdecydowałoby się dziś napisać list do koleżanki lub kolegi? Ilu napisałoby post na portalu społecznościowym? Ilu wrzuciłoby zdjęcie lub nagranie, które po latach byłoby powodem do wstydu? Albo może i od razu byłoby powodem zażenowania, przyczyną ośmieszenia w gronie własnych znajomych i zupełnie obcych odbiorców? Gdzie taka informacja mogłaby dotrzeć, jak dużo oraz na jak długo ciągnęłyby się za nami konsekwencje?

Reklama

 

Okej, umówmy się, że każdy z nas zrobił kiedyś coś żenującego, o czym wolałby zapomnieć. Jestem z pokolenia, w którym Gadu Gadu było rewolucją, w telefonie nie było aparatów, a kiedy pojawiły się smartfony ze swobodnym dostępem do Internetu zdążyłam uświadomić sobie, że to co raz wrzucone do sieci, z dużym prawdopodobieństwem zostanie tam już na zawsze.

 

Wrzucam na Fejsa!… Tylko po co?

 

I tu właśnie zaczyna się problem. Badania wskazują, że 96% dzisiejszych nastolatków korzysta z serwisów społecznościowych. Internetowy ekshibicjonizm postępuje: dzielimy się tym, co jemy, gdzie wyjeżdżamy na wakacje, z kim i gdzie się spotykamy, w jakich wydarzeniach planujemy wziąć udział. Nie ma już spotkania bez zdjęć, czy to pozowanych czy robionych spontanicznie. Coś co nie uwiecznione i nie wrzucone do Internetu praktycznie nie istnieje. Niektóre wydarzenia są wręcz aranżowane po to, by zdobyć nowy materiał zdjęciowy lub filmowy do pokazania w sieci. Problem jest tylko w tym, że jeśli nasz pomysł na zdjęcie lub nagranie nie będzie do końca przemyślany lub odpowiedzialny, możemy nie przewidzieć konsekwencji z jakimi może się spotkać. Treści opublikowane w Internecie każdy może pobrać, zapisać, przechować i wypomnieć nam w najmniej pożądanym momencie.

 

Ile nagrań na YouTube doczekało się parodii? Chłopak mówiący „szukam dziewczyny, która szuka chłopaka…”, dziewczynka wpadająca w furię po nieudanym zaśpiewaniu „I will always love you”, dziewięciolatka rozpaczająca po utracie haseł do kont na portalach społecznościowych i prosząca internautów o pomoc, to tylko nieliczne przykłady nagrań, które doczekały się tysięcy parodii i pomimo biegu czasu krążą w sieci. I owszem, bawią. Nie znamy jednak intencji autora, ale nie wiemy też, czy jest zadowolony z rezultatu jaki uzyskał po opublikowaniu nagrania. Czy żałuje? Jak zareagowali na to rówieśnicy? A może do końca będzie ciągnęła się za nim/nią opinia tej wtopy z YouTube’a? Czy spodziewał się, że jego film zostanie obejrzany tysiące razy? Że będzie powodem drwin ze strony innych? Czy chwila słabości lub nie do końca przemyślany pomysł wart był tych konsekwencji?

 

No właśnie, po co? #HejtStop

 

I przechodzimy właśnie do kolejnego zjawiska. Skoro możemy publikować wszystko i o wszystkim, to równie dobrze możemy komentować. Możemy pisać banalne „ale super”, możemy uwikłać się w komentarzową konwersację, możemy wyrazić emocje (bogaty repertuar:” lubię to, super, ha ha, wow, przykro mi, wrr, czyli emocje podstawowe w popkulturowym wydaniu), możemy wyrazić własną opinię, ale… uwaga, uwaga… możemy hejtować! Zarówno sam w sobie hejt (częstokroć broniony przez jego wyznawców jako pożądane przecież wyrażanie własnej opinii) zostaje w Internecie jako niechlubna szrama na życiorysie hejtera, ale też oddziałuje na osobę, w stronę której hejt ów został zadedykowany.

 

Przede wszystkim hejt, szanowni hejterzy, nie ma nic wspólnego z wyrażaniem własnej opinii. Hejt to nieuzasadniona obelga, krytyka bez pokrycia. Mowa nienawiści, oparta częstokroć na stereotypach. Klasycznymi przedstawicielami gatunku są wpisy, których przytoczyć tu z oczywistych powodów nie mogę. Myślę, że każdy z nas spotkał kiedyś w Internecie obelgi i wyzwiska pod adresem kogoś (albo i swoim), które służyć miały obrazie, poniżeniu, pogorszeniu nastroju, ośmieszeniu, ale… niewiele miały wspólnego z prawdą. Sytuację ładnie obrazuje kampania Hejt Stop (http://hejtstop.pl).

 

Tylko co z tego, skoro całe morze konsekwencji, takich jak zniszczona samoocena, skopane do samego jądra ziemi poczucie własnej wartości, postrzeganie siebie tylko w negatywnym świetle, brak wiary w swoje możliwości, izolacja społeczna i tak spływa na nas. Bo jeden hejter aktywuje kolejnego i tak dalej i tak dalej – lawina gotowa. Jeszcze, prawdopodobnie, się taki heros nie urodził, który z czystym sumieniem mógłby przyznać, że to po nim spływa.

 

Krótka i tragiczna rzecz o konsekwencjach

 

Jakiś czas temu krajem wstrząsnęła wiadomość o dwudziestolatku, który zabił się po tym, jak do internetu trafił film, na którym dziewczyna opowiada zmyśloną historię dotyczącą przygód seksualnych z owym chłopakiem. Wyśmiewa w nim jego niepowodzenie. Chłopak powiesił się dzień później na drążku do ćwiczeń.

 

I to nie odosobniony przypadek tragicznych historii, w których ktoś targnął się na swoje życie lub zdrowie z powodu internetowego hejtu. Jeżeli hejtujemy, dajemy niejako przyzwolenie do osłabienia pozycji danej osoby, sprowadzamy ją do roli ofiary i postawa ta funkcjonuje także w realnym świecie. W którymś momencie osoby takie, które nie otrzymają należytego wsparcia i konstruktywnych doświadczeń po prostu tego nie wytrzymają.

 

Z badań przeprowadzonych przez Fundację Dzieci Niczyje wynika, że ze zjawiskiem tym spotkało się 4 na 10 młodych ludzi w wieku od 14 do 17 lat. Ofiarą hejtu i innych form cyberprzemocy padł już co piąty polski nastolatek. Ekran monitora, czy szybka telefonu sprawia, że czujemy się bezpieczni, a słowa nie docierają do odbiorcy z pełną mocą.

 

Na front walki z internetowym hejtem wyszło wiele osób, tj. Jarosław Kuźniar, czy Filip Chajzer, który publikuje wszystkie obelgi pod swoim adresem, dając tym samym niezłą nauczkę hejterom, którzy zazwyczaj po paru godzinach od publikacji posta potulnie przepraszają, opisując swoje winy w dużo bardziej łagodnym i pokornym mailu, ukazując, że przyzwoite słownictwo i elokwencja jednak gdzieś tam w nich głęboko drzemią.

 

Zastanówmy się zatem, co nas motywuje, do wylewania na kogoś frustracji, nieuzasadnionej złości? Czy nie szkoda nam własnych zasobów na to, by wylewać wiadro pomyj na kogoś? Jaki tkwi w tym cel? Czy jesteśmy świadomi konsekwencji, jakie mogą nas spotkać?

 

Motywy sprawcy, konsekwencje ofiary

 

Współczesna młodzież definiuje siebie przez ilość otrzymanych lajków. Bezkarność i anonimowość Internetu pozwala na dowolność w komentowaniu, obrażaniu, poniżaniu. A konsekwencje dla autora komentowanych treści są niewyobrażalne: obniżona samoocena, zagubione poczucie własnej wartości, wyobcowanie, lęk przed szykanami i złośliwościami, wycofanie z życia społecznego. Przez jeden nieprzemyślany film, wpis lub zdjęcie, przez chwilę słabości, którą ktoś uwiecznił i puścił w bezdenną otchłań sieci.

 

Hejter też nie powinien czuć się bezpieczny – coraz więcej osób zwraca uwagę na jego zachowanie, powstają akcje takie jak HejtStop, mające na celu wychwytywanie obraźliwych komentarzy w sieci. Co skłania do hejtu? Frustracja, niska samoocena, chęć odreagowania własnych, doznanych w podobny sposób krzywd, próba dominacji i poczucia się lepiej. Tylko, czy naprawdę to pozwala poczuć się lepiej? Niszcząc kogoś, budujesz siebie – domek z kart, w dodatku może to zrujnować reputacje na tyle, że nawet przyjmując na klatę całą pokutę za swój czyn, nigdy nie będzie mógł już zbudować nic trwałego.

 

Bo możesz zrobić wszystko, żeby zapomnieć. Ale Internet nie zapomni i nie pozwoli zapomnieć Tobie. I o Tobie. Obojętnie po której stronie stoisz.

 

Zatem zastanówmy się co wrzucamy do sieci i po co. Jeśli nagrywamy kogoś, to czy sami chcielibyśmy w takiej podobnej sytuacji nagrani? Kiedy piszemy negatywny, obraźliwy komentarz pod czyimś postem, to co oznacza to dla nas? Chwilowy wzrost samooceny przez krzywdzącą dewaluację innych? Co Ty byś poczuł(a), gdyby ktoś w ten sposób napisał o Tobie? Czy hejter wie, że coś co dla niego jest śmieszne dla kogoś staje się barierą nie do przeskoczenia, a w efekcie lękiem nie do przezwyciężenia?

 

Joanna Gutral – doktorantka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich Uniwersytetu SWPS. Współzałożycielka i współtwórczyni Akcji Mam Terapeutę. Badawczo zajmuje się postrzeganiem siebie i innych w czasie. Fanka statystyki w badaniach naukowych i marketingowych. Miłośniczka teatru i kultury słowa, wierna czytelniczka twórczości Irvina Yaloma i fanka skandynawskiego kina.

Reklama