Jestem dumna, że mam terapeutęMam wrażenie, że nikt nie jest mnie w stanie zrozumieć. Nie, wróć. Każdy deklaruje, że tak, wie, co ja czuję. Bzdura. Nie zna smaku mojego cierpienia. Nie wie, jak bardzo boli, jak przenika każdą czynność, jak psuje dobre chwile, tak jak zgnilizna znaleziona wewnątrz dobrego owocu. Nie chcę być oceniana. Nie chcę obarczać. Nie chcę zobaczyć w oczach litości. Nie chcę, bo nie zasługuję. „Pomocy!” – taki krzyk wyrwał się ze mnie dwa lata temu. Pojawiła się myśl. „Psycholog, znaleźć psychologa”. Znalazłam.

 

Znalazłam, choć nie miałam pieniędzy. Dwa lata temu wydawało mi się, że terapeuci to zdziercy, bo opłata ze sesję jest słona. Dzisiaj wiem, że za ich pracę płacimy dużo za mało. Nie ma pieniędzy, które wynagrodzą umiejętność słuchania, opieki, niesienia pomocy. I radzenia sobie z tym całym bagnem, które wylewa się na terapeutę.

 

Z pomocą przyszła fundacja, wiele jest takich w Warszawie i Polsce. Kto szuka, ten znajdzie. Terapia nie jest dobrem dla bogatych. Można się leczyć przez NFZ, można w fundacjach, stowarzyszeniach, trzeba tylko mieć siłę, by znaleźć numer telefonu i się umówić.

 

W pierwszej wizycie ulokowałam wszystkie nadzieje. Bałagan w głowie, sprzeczne pragnienia i wielki głód, który zaczął pożerać spokój i pozorne szczęście. Wszystko wtedy było pozorne i w pewnym momencie sklejka zaczęła się chwiać. I tak to papierowe miasto, jak tandetna, westernowa scenografia, przetrwało długo. Jednak zmiany w moim życiu były tak wielkie, że atrapy nie miały szans na tego udźwignąć.

 

Stałam się dziewczyną bez fundamentów. Wystraszoną, że tak już pozostanie. I przerażająco samotną. Samotność to wartość, którą odmieniam przez przypadki co kilka sekund.

 

Pani Weronika miała stać się lekarzem duszy. I tak właśnie jest. Bo moja dusza jest bardzo chora. Im dłużej ją leczę, tym mam wrażenie, że jest trudniej. Rozumiem jednak, że to jak czyszczenie bardzo zaśniedziałego srebra. Ręce aż bolą od tarcia, ale warto – przecież bardzo chcę, by srebro znów lśniło.

 

Kiedy więc w poniedziałek spotkałam się z panią Weroniką po raz pierwszy, poczułam ulgę. Już na starcie. Nie jestem sama. Nie muszę ukrywać wszystkiego. Nie muszę liczyć, że ktoś mnie zauważy, choć robię wszystko, by się schować. Zapytała mnie, czego się boję najbardziej. Nie ona jedna zadała mi takie pytanie, ale tylko jej chciałam odpowiedzieć szczerze.

 

Poniedziałki zostały. Najpierw w sekrecie przed światem, a potem już zupełnie otwarcie. Jestem dumna, że mam terapeutę. Światełko w mroku. Zdejmowanie kolejnych warstw. Przyznawanie praw samej sobie. Oswajanie się. Zmywanie brudu. I trudne odpowiedzi na pytania tak proste, że aż śmieszne.

 

Czasem się z nią śmieję. Czasem się wstydzę. Czasem płaczę. Ale nigdy nie mam ochoty jej okłamywać. Jestem przy niej wolna i się nie boję. Dziękuję jej za pomoc i za to, że przez ponad dwa lata, co tydzień przez 60 minut patrzy na mnie i nie odrywa wzroku. Słucha i nie traci czujności. Nigdy, nawet przez sekundę, nie odczułam, by była senna, zła, znudzona, nieskupiona, zdenerwowana, nieobecna.

 

Przez 60 minut jestem dla niej najważniejsza. I tylko dla niej, bo poza tym czasem dla nikogo innego aż tyle nie znaczę. Dobrze, że jest w moim życiu.

Reklama

Join the discussion 3 komentarze

Leave a Reply