Decyzja o terapii często pociąga za sobą kwestię zaufania. Przychodzę do nieznanej osoby, do obcego miejsca, mam mówić o swoich problemach, odsłaniać się. Czy mogę zaufać? Czy mogę tej osobie drugiej, obcej, powierzyć swoje problemy, odsłonić się z najbardziej skrywanych prawd o sobie, pokazać swoje emocje, wreszcie pokazać siebie prawdziwego ze swoją ciemną i jasną stroną? To może być naprawdę przerażające. Może uruchamiać lęk przed nieznanym, przed krzywdą, bólem i wstydem.

Reklama

 

Druga kwestia, jaka może wybrzmiewać w sytuacji rozpoczęcia terapii, to zaufanie, bądź wiara w to, czy ta druga osoba będzie w stanie mi pomóc. Tak, to istotne w obliczu możliwości trafienia na terapeutę niekompetentnego, bez przepracowanych problemów własnych. Pojawia się obawa, że może mi zrobić krzywdę, zmanipulować, wmówić to, co nie moje, wykorzystać emocjonalnie i finansowo.

 

Tym silniejsze są te lęki i obrony, im większa nieufność w nas samych. Osoba, u której wzbudza się brak zaufania do innych, nie ufa też sobie, w związku z tym boi się, czy rozpozna właściwie. Czy właściwie nazwie to, co rozpoznaje.

Reklama

 

Terapeuta podążający za i terapeuta w pozycji autorytetu

 

Istnieją różne nurty terapeutyczne. Wiodącymi są nurt humanistyczno-egzystencjalny i psychodynamiczny. Wymieniam te dwa, ponieważ w nich kluczową kwestią terapeutyczną jest relacja. Różnią się natomiast osadzeniem terapeuty w jego roli. W podejściu humanistycznym terapeuta podąża za procesem klienta, towarzyszy mu w poznawaniu siebie. W podejściu psychodynamicznym terapeuta stawia się w pozycji autorytetu („tego, kto wie lepiej“) i daje pacjentowi interpretacje, czyli dzieli się z nim swoim postrzeganiem konfliktów wewnętrznych pacjenta. Terapeuci obu nurtów pracują w oparciu o diagnozę, wiedzą w jakim kierunku ma zmierzać terapia, co jest wskazane, a co działa przeciw procesowi terapeutycznemu. Oba podejścia mają swoje zalety. Jedno daje klientowi czas i przestrzeń na wzrastanie w swoim rytmie. Drugie szybciej frustruje i konfrontuje z deficytami. Jak to, co piszę ma się do zaufania?

 

W jaki sposób dziecko nabiera ufności?

 

Dziecko nabiera ufności poprzez bezpieczną i stabilną relację z opiekunem, najczęściej z matką, choć może być to inna osoba, która na stałe zajmuje się dzieckiem. W tej relacji tworzy się coś, co nazywa się więzią. Od tego, w jaki sposób wyglądał proces budowania więzi, będzie wyglądać także umiejętność wchodzenia w relacje danej osoby z innymi ludźmi. Jeśli w bazowej relacji z opiekunem zabrakło zaufania, czyli występowało wiele zachowań z obszaru nieprzewidywalnych dla dziecka, pozabezpiecznych, wówczas dziecko wykształca ambiwalentno-lękowy, bądź unikający styl przywiązania. Potocznie mówi się, że ma problem z przywiązaniem, z tym, żeby być blisko, wchodzi w płytkie relacje z ludźmi, jest ostrożny i nieufny.

 

Badaniem stylów przywiązania u dzieci w ich wczesnej relacji z matką zajmowała się Mary Ainsworth. Pokrótce przedstawię ich charakterystykę, dla zobrazowania bazowego problemu utraty zaufania.

 

Dzieci prezentujące ambiwalentno-lękowy styl przywiązania nie mają pewności co do tego, że matka będzie przy nich, gdy będą tego potrzebowały, a nawet jeżeli będzie, to nie wiedzą, czego mogą się po niej spodziewać (wynika to z niespójnych reakcji matki, której zachowanie charakteryzuje duża labilność emocjonalna, niezrozumiała dla dziecka – raz może je przytulać i chwalić, a po chwili nie reagować zupełnie na komunikaty wysyłane przez dziecko).

 

Matki dzieci o unikającym stylu przywiązania są nieobecne fizycznie bądź psychicznie, przekazują dziecku komunikat (niekoniecznie wprost), że nie chcą z nim kontaktu fizycznego, często są również bardzo krytyczne i wymagające, bywają zbyt natarczywe. W konsekwencji dziecko zaczyna stosować mechanizm zaprzeczania potrzebie więzi, aby nie doświadczać negatywnych emocji związanych z wielokrotną frustracją i odrzuceniem (takie dziecko w przeciwieństwie do dzieci z ambiwalentno-lękowym stylem przywiązania nie ma w sobie nadziei na zaspokojenie potrzeby bliskości, znacznie bardziej przystosowawcze jest dla niego pozbycie się jej) i także odrzuca matkę, a później kolejne ważne osoby w swoim życiu; zaprzecza również wszelkim negatywnym emocjom, które budzi w nim opiekun – głównie złości i lękowi.

 

Bezpieczny styl przywiązania charakteryzuje się ufnością i poczuciem bezpieczeństwa. Dziecko jest pewne, że figura przywiązania jest zawsze dostępna, stabilna w swoich zachowaniach i responsywna, czyli że odpowiada adekwatnie na jego potrzeby, ma uczucie posiadania w niej bezpiecznej bazy. Dzięki tej pewności może swobodnie eksplorować otoczenie – wie, że matka mu towarzyszy i że w razie niepowodzeń będzie mogło do niej wrócić i zostanie ukojone.

 

Biologiczny aspekt przywiązania

 

Na YouTube można obejrzeć filmik o tym, jak mama-kaczka wyprowadza swoje dzieci-kaczątka na pierwsze pływanie w rzece. Małe kaczątka idą gęsiego za swoją matką po drewnianym moście i podchodzą do jego krańca. Kacza mama skacze do wody i zaczyna pływać. Młode tłoczą się na skraju mostu i patrzą w dół za matką. Przebierają swoimi łapkami. Powiedzielibyśmy, że trochę się ekscytują i trochę boją. Chwila wahania i pierwsze młode kaczątko decyduje się wskoczyć w przepaść. Ląduje w wodzie obok matki i w najbardziej naturalny dla kaczek sposób zaczyna pływać obok niej. Na górze na mostku tłoczą się jednak pozostałe kaczątka. Po chwili kolejne decyduje się na swój skok, a za nim następne i następne. Miękko lądują w wodzie i dołączają do matki i rodzeństwa. Wreszcie na moście pozostaje ostatnie kaczątko. Jest samo, tam w dole jest już cała jego rodzina, a przepaść ogromna. Zaufać i skoczyć, jak inni, czy zostać i być względnie bezpiecznym, lecz samotnym?

 

Myślę, że to dylemat wielu osób siedzących w gabinecie terapeutycznym. Zaufać czy się wycofać? Pójść za i dokonywać zmiany, czy zostać w znanym?

 

Kaczątko oczywiście, pozbawione takiego dylematu, skacze odważnie do wody i dołącza do reszty w sposób jak najbardziej naturalny. Nasza natura też jest biologiczna. Naturalnie mamy instynkt, aby podążać za, być z, być w stadzie. Pozostawienie samemu oznacza śmierć, brak możliwości przetrwania.

 

Dziecko pozostawiane samemu sobie przez niewystarczająco wrażliwą opiekę osoby dorosłej już w niemowlęctwie mogło doświadczyć tego lęku, że jego życiu zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, ponieważ zostało samo, opuszczone. „Wypracowuje“ wtedy różne strategie, aby przetrwać. Na poziomie emocjonalnym mówimy, że odcina w sobie to niszczące doświadczenie, dokonuje jego fragmentacji, zamraża się w oczekiwaniu na obecność i ponowne porzucenie. Mam wrażenie, że teraz możecie już dostrzec, że w takich realiach zaufanie nie jest możliwe, by zaistnieć.

 

Myślę, że potrzeba przetrwania, potrzeba tego, aby być w stadzie i mieć ufną łączność z innymi jest siłą, która przyprowadza na terapię. To ta sama biologiczna siła „każe“ małym kaczątkom skakać w przepaść za matką, której ufają. Każde dziecko potrzebuje mieć takiego ufnego dorosłego, który wie, co jest dobre, który prowadzi je do wzrostu, który nie naraża na nadmierne niebezpieczeństwo, ale adekwatnie do wieku konfrontuje z wyzwaniami rozwojowymi.

 

Dylemat: chcę i boję się

 

Ponieważ uprzednie stadne doświadczenia przyczyniły się do utraty zaufania do obiektu, osoba która przychodzi na terapię z jednej strony bardzo potrzebuje zaufać i jednocześnie bardzo się tego boi. To sytuacja niezwykle trudna w procesie terapii. Jednocześnie bowiem działają obie siły: do i od. Zbliżyć się – uciec. Być w kontakcie – wyjść z niego. Myślę, że kluczowy w analizie tego przerażenia jest moment skoku. Skok w przepaść uruchamia ogromny strach przed utratą gruntu.

 

Jeżeli w życiu dziecka dorosły zawiódł, to w sytuacji emocjonalnej zależności od drugiego, jaką jest relacja terapeutyczna i kontekst odsłonięcia, odtwarza się urazowa sytuacja z przeszłości, której dziecko doświadczyło i przed którą całym sobą nauczyło się chronić. Jednak ta ochrona potrzebna w dzieciństwie, aby przetrwać, teraz w dorosłości okazuje się nieskuteczna, bo odgradza od innych i uniemożliwia wchodzenie w pełne bliskości i zaufania relacje.

 

Gestaltowska figura i tło

 

Przyjrzyjmy się zatem tej kluczowej kwestii w terapii osoby z problemem zaufania w relacjach. Proponuję zobaczenie jej poprzez gestaltowską perspektywę figura – tło. Wyobrażając sobie osobę, która zgłasza się na terapię z problemem trudności w budowaniu bliskich relacji z ludźmi, widzimy, że jej figurę stanowi potrzeba bycia blisko. Moglibyśmy ją nazwać słowami: „Chcę umieć budować bliskie relacje z ludźmi“. Gdy w relacji terapeutycznej pojawia się obszar związany z zaufaniem, np. terapeuta zaprasza klienta do eksplorowania swoich uczuć, które pojawiają się w relacjach z innymi ludźmi, bądź jeszcze silniej to wzmacniając – w relacji terapeutycznej, wówczas u klienta wzbudzony zostaje lęk, przed tym, że terapeuta zbliża się za nadto do jego emocji, oczekuje czegoś, co jest bardzo trudne w osobistym przeżywaniu. Figurą staje się wtedy lęk i osoba terapeuty jako zagrażającego. Tym samym odtwarza się urazowa sytuacja z dzieciństwa, kiedy znaczący dorosły był przeżywany jako krzywdzący, raniący, oczekujący zbyt wiele od dziecka. W tło odchodzi potrzeba bliskości i ufności. Figurę stanowi teraz coś co moglibyśmy nazwać: „Wymagasz ode mnie zbyt wiele i to mnie krzywdzi“. Można powiedzieć, że intencje terapeuty stają się dla klienta figurą, a nie własne potrzeby. Potrzeba, aby uzyskać pomoc od terapeuty, która była figurą zostaje cofnięta do tła i figurą staje się zachowanie terapeuty, które może stanowić zagrożenie. Mamy wówczas do czynienia z tym, co w terapii określane jest mianem przeniesienia – doświadczenie z dzieciństwa zostaje rzutowane na postać terapeuty, przez co jest on emocjonalnie przeżywany w ten sam sposób, jak znacząca osoba z naszego dzieciństwa. W terapii ważne jest wówczas przywrócenie klienta do realności, wskazując na odrębność tych doświadczeń. – „Ten, kogo tak postrzegasz, zawiódł, dlatego teraz się boisz. Ja jestem tutaj po to, aby ci pomóc na nowo zaufać.“ Odnajdywanie utraconego zaufania jest podążaniem za terapeutą prowadzącym w kierunku przyglądania się i doświadczania swojego lęku, pustki, opuszczenia, samotności i ogromnego smutku.

 

Być, jak kacza mama i jej dziecię

 

Kaczki biologicznie ufają matce. Skaczą za nią w przepaść. Dzięki temu uczą się umiejętności pływania, czegoś, co jest niezbędne, aby w pełni być kaczką. Terapeuta, niezależnie czy jest orientacji humanistycznej czy psychodynamicznej, jest jak kacza matka – przewodnikiem, nauczycielem i towarzyszem. Możesz sprawdzać czy to, co robi oznacza dla ciebie, że prowadzi cię we właściwym kierunku. A gdy pojawia się lęk, czy pomaga ci go eksplorować. Ufając jemu, uczysz się ufać sobie. Oswajając relację terapeutyczną, oswajasz w sobie swoje lęki.

 

Więzi są znaczącym elementem gruntu, na którym osoba zapuszcza swoje korzenie, czerpiąc z niego poczucie bezpieczeństwa i wsparcia na najbardziej bazowym poziomie. Dzięki budowaniu zaufania w relacji terapeutycznej, klient uczy się na nowo ufać i zapuszczać korzenie, budować zdrową, bezpieczną więź, która nie tylko łączy go z drugą osobą, lecz także z sobą samym.

 

Źródła:

 

Katarzyna KrawczykKatarzyna Krawczyk – psycholog, psychoterapeutka humanistyczno-egzystencjalna (Gestalt). Pracuje w Warszawie w Centrum Terapii i Psychoedukacji CeTeP, gdzie prowadzi terapię dorosłych, dzieci i młodzieży. Umiejętności terapeutyczne szkoliła w Instytucie Terapii Gestalt w Krakowie. W pracy terapeutycznej łączy podejście humanistyczne z psychodynamicznym (www.cetep.pl).

.

Reklama