Każdy z nas czuł się kiedyś samotny. Stereotypowo samotność nie kojarzy nam się dobrze. Jednak, co ciekawe, bardzo różnimy się między sobą pod względem tego, jak rozumiemy samotność i jak sobie z nią radzimy.

Reklama

 

Czym jest samotność?

 

Przez „samotność” często rozumiemy uczucie, które towarzyszy nam wtedy, gdy nie jesteśmy w związku, a bardzo byśmy chcieli w nim być. Trudno zgodzić się jednak z tak zawężoną definicją samotności. Zapewne każdy z nas zna takie osoby, które są w związkach miłosnych, ale wciąż czują się samotne, jak również i takie, które nie są w związku, ale nie skarżą się na samotność. „Samotni we dwoje” narzekają na to, że partner ich nie rozumie, nie wspiera, niekiedy nie szanuje. „Sami ale nie samotni” mogą natomiast czerpać przyjemność z życia, mają satysfakcjonującą pracę, dające radość hobby albo relacje z innymi osobami, przez które czują się lubiani, doceniani, uwzględniani. Czym więc jest samotność?

 

Ja myślałabym o samotności jako o uczuciu braku, który wywołuje tęsknotę za relacją z taką osobą, z którą możemy dzielić nasze myśli, uczucia, plany, marzenia, czuć bliskość, czy nawet jedność. Uczucie samotności jest naturalną i wręcz nieodzowną składową życia każdego człowieka. Każdy z nas je kiedyś przeżywał. Kłopot związany z uczuciem samotności zaczyna się wtedy, gdy doskwiera nam ono za często, za długo lub ze zbyt dużą intensywnością. Pojawia się jako reakcja na momenty, w których czujemy się sami. Stan bycia samemu to szczególny stan – taki, w którym jesteśmy świadomi naszej odrębności i inności od innych. Wszyscy go znamy, choć różnie znosimy. Momentem, w którym uczucie bycia samemu kojarzy się większości osób dobrze, jest stan tuż po satysfakcjonującym zbliżeniu seksualnym, gdy partnerzy są blisko, jednak każdy oddzielnie, już nie w uniesieniu, bardziej w odrębności, która wtedy jednak nie przeszkadza.

Reklama

 

Nieumiejętność bycia samemu

 

Świadomość tego, że jesteśmy odrębni od naszych bliskich wydaje się czymś oczywistym, faktem, który wszyscy racjonalnie dobrze rozumiemy. Tymczasem zdarza się, że często myślimy o sobie „zbiorowo”- mniej w kategoriach „ja”, bardziej jako „my” – ja i mój partner, ja i moje dzieci, ja i moi rodzice, ja i mój zespół z pracy. Taka optyka bywa bardzo miła i zapewnia potrzebne nam poczucie przynależności. Natomiast, gdy zbyt często się nią posługujemy, okazuje się, że ma ona funkcję obronną- taką, która ma nas chronić przed zobaczeniem swojego „ja”. Kim jestem? Jaki jestem? Jak czuję się z ludźmi? Jak mi z tym, że inni są ode mnie różni?

 

Weźmy jako przykład fikcyjną panią Ewę – osobę, która pochodzi z zamożnej rodziny, choć sama obecnie mało zarabia. Gdyby myślała o sobie jako o „bogatej”, na poziomie faktów byłaby to prawda. Jeśli natomiast chodzi o prawdę psychologiczną na jej temat, nie jest to już takie pewne. Pozostaje bowiem wiele pytań, które można zadać sobie w takiej sytuacji. Niektóre pytania mogą okazać się bardzo bolesne, szczególnie, jeśli ta osoba dokona rozróżnienia między sobą a rodzicami: czy mogę poczuć swój własny potencjał? Czy nie czuję go, bo przysłania mi go potencjał moich rodziców? Ile sama osiągnęłam? Czy jestem zadowolona ze swojej pracy? Czy mogę czuć się kreatywna i przedsiębiorcza, czy świecę jedynie światłem odbitym od moich potentnych rodziców? Takie rozróżnienie, dzięki któremu czujemy naszą inność nawet od bliskich nam osób, może narażać na ogromną samotność, małość, czy nawet rozpacz. Może też wywoływać uczucie frustracji, zazdrości, a nawet zawiści. Ale może też być motorem do osobistego rozwoju.

 

Przykładem dotkliwego odczuwania samotności może być inna fikcyjna postać – pani Marta. Wyobraźmy ją sobie, jako kobietę, która cierpi w swoim związku, bo jej partner ma inne opinie na niektóre kwestie, czy nie spędza z nią każdego wieczoru mimo, że ona by sobie tego życzyła. Pani Marta czuje się bardzo samotna, wręcz niekochana. To, że różnią się poglądami, czy zainteresowaniami sprawia, że podważa ona wiarę w przyszłość ich związku. Bardzo by chciała, by partner zgadzał się z nią we wszystkim, też po to, by ona sama czuła, że dobrze myśli. Jego śmiech na jej żart ma wesprzeć ją w myśleniu o tym, że jej żart jest śmieszny i wart opowiedzenia. Nie wystarczy, że sama tak myśli o swoim żarcie. Bo jak on się nie śmieje, to ona już nie wie, co myśleć. Wie natomiast, co czuje – czuje się samotna i zostawiona przez niego. Można myśleć, że ta kobieta potrzebuje partnera, by był takim jej zastępczym rodzicem, który pogłaszcze ją po głowie i powie, że fajnie to powiedziała, że jest błyskotliwa i zabawna. Ona sama nie umie sobie tego dać w wystarczającym stopniu.

 

Jak uczymy się bycia samemu?

 

Kamieniem węgielnym tej ważnej umiejętności są m.in. nasze wczesne doświadczenia z rodzicami. Wydaje się, że osoby, które najlepiej radzą sobie z własną odrębnością od innych i w związku z tym najmniej dotkliwie odczuwają samotność, to takie osoby, które w dzieciństwie dostały od swoich rodziców dużo wsparcia. Dla przykładu: dziecko narysowało rysunek i przybiegło pokazać go mamie. Mama szczerze się nim zainteresowała, doceniła jego wysiłek, albo to, co w obrazku wydało jej się interesujące. Jeśli dziecko poczuło się dobrze z reakcją mamy, to można powiedzieć, że mama pomogła dziecku wzmocnić jego wiarę we własne możliwości. Gdy to dziecko dorośnie, będzie mogło docenić własny żart niezależnie od tego, czy partner się z niego w danej chwili zaśmieje, czy nie. Zapamięta bowiem reakcję rodzica, co pozwoli mu, jako dorosłemu, zachować się podobnie wspierająco w stosunku do samego siebie.

 

Psychoterapia

 

Gdy bardzo polegamy na innych, gdy oddajemy im decyzyjność i potrzebujemy ich rad, zatraca się to, co nasze. Umyka to, jacy jesteśmy, co tak naprawdę sądzimy, co czujemy i uważamy. Lęk przed samotnością, rozumianą także jako narażenie się na odrzucenie ze strony innych, może być przygniatający. Wtedy pomocna może okazać się psychoterapia. W gabinecie psychoterapeutycznym będziemy mieć nie tylko możliwość omówienia różnych trudnych dla nas sytuacji i uczuć, które przydarzają nam się w życiu, ale np. w psychoterapii psychoanalitycznej doświadczymy ich też „na żywo”, w relacji z terapeutą. Będzie to również przedmiotem wspólnej pracy. W gabinecie jesteśmy bowiem tymi samymi osobami, co poza nim. To oznacza, że na różne sytuacje w kontakcie z terapeutą zareagujemy w podobny sposób jak w życiu, podobnymi uczuciami i myślami. I uczucie samotności też się pojawi. Tyle że, będziemy mogli nad nim pracować w bezpiecznych warunkach, z wykwalifikowaną osobą, z którą podejmiemy próbę zrozumienia tego, co się właśnie z nami dzieje. Praca nad tematem samotności z osobami, które opisałam w powyższych przykładach, zakładałaby pracę nad tym, jak reagujemy na odrębność innych, jeśli dopuścimy ją do siebie.

 

Druga skrajność, czyli azyl

 

Poza opisaną grupą osób, która boleśnie doświadcza samotności w relacjach, warto też wspomnieć o grupie z przeciwnego bieguna – o osobach, które z pozoru nie wydają się cierpieć na samotność. Bycie samemu nie stanowi dla nich kłopotu, przynajmniej pozornie tak się wydaje.

 

Weźmy dla przykładu hipotetycznego mężczyznę, który czujnie pilnuje, by jego zdanie było przez wszystkich szanowane. Pochodzi z rodziny, w której matka i ojciec zawsze „wiedzieli lepiej”, mało widzieli potrzeby syna, bo się nad nimi nie zastanawiali. Chcieli, by robił to, co oni uznawali za słuszne. Takie doświadczenia sprawiły, że samotność nie jest czymś, czego ten mężczyzna by się lękał. Lubi być sam, ma poczucie, że może wtedy myśleć swobodnie i nikt mu w nic się nie wtrąca. Zdaje się jednak, że taka postawa jest obronna, bo chroni jego „ja”, ale uniemożliwia bliskie relacje z innymi osobami. Gdy robi się za blisko, on czuje się zagrożony, zamyka się i nie dopuszcza nikogo do siebie. Ten stan nie jest jednak psychologiczną normą, tylko azylem. Jeśli mimo wszystko ten mężczyzna doświadcza uczucia samotności, tęsknoty za kimś bliskim i chciałby to zmienić, on również mógłby skorzystać z psychoterapii. Praca psychoterapeutyczna byłaby próbą zdjęcia z otaczających go osób piętna przeszłości, które przenosi on na innych jak przez kalkę. Mogłoby się również okazać, że on bardzo boi się bliskości. Boi się, że gdyby spotkał właściwą osobę, to by się od niej od razu uzależnił – tak bardzo wie, że jest potrzebujący.

 

Złoty środek

 

To, co nazywam stanem bycia samemu, nie jest synonimem samowystarczalności. To taki stan, w którym można dobrze czuć siebie, a jednocześnie cieszyć się z bliskich relacji z innymi. Stan, w którym nie jest się ani przyklejonym do kogoś, czy uzależnionym od kogoś, ani też odgrodzonym murem izolacji. Wcześniej wspomniany przykład pary seksualnej dobrze to oddaje.

 

Uczucie samotności, mimo, że dość powszechne, jest bardzo osobistym uczuciem. Każdy przeżywa je inaczej. Żaden artykuł czy nawet książka na temat uczucia samotności nie odda całości tego zjawiska, nie sprawi, że zobaczymy tam samych siebie w całości, z pełnią tego, co przeżywamy. Natomiast własna psychoterapia pozwoli nam, z pomocą terapeuty, przyjrzeć się nam samym w dużych szczegółach. Będzie to na pewno bardzo osobiste doświadczenie.

 

Samo życie…

 

Trzeba też powiedzieć, że uczucie samotności, mimo, że dla wielu z nas bardzo dotkliwe, jest też częścią życia, którą warto zaakceptować. Naturalnym i wpisanym w nie zjawiskiem, z którym jest nam dane mierzyć się na każdym etapie naszego rozwoju. Znają ją już odstawiane od piersi niemowlęta, czy przedszkolaki, zostawiane przez rodziców w początkowo nieznanym im przedszkolu. Samotności doświadczają uczniowie, szczególnie przez pierwsze dni w nowej szkole, czy świeżo upieczeni studenci, którzy wyjeżdżają z domu rodzinnego w wielki i nieznany świat. Znają ją też rodzice, kiedy dzieci dorastają tak szybko. Samotność może boleć, ale jest też rozwojowa. O ile gorzej by było, gdyby dorastające, a potem dorosłe dzieci wcale nie chciały wychodzić z domu…

 

I co ciekawe: samotności doświadczamy również w bardzo miłych momentach. Niektóre stany zachwytu czy uniesienia zwyczajnie nie są przekładalne na słowa. Nie jesteśmy więc w stanie ich przekazać innym i musimy pozostać z nimi sam na sam. Ale czy to powód, by cieszyć się nimi mniej?

 

Hanna Lisowska – psycholożka, certyfikowana psychoterapeutka psychoanalityczna. Pracuje w Warszawie, w Pracowni Psychoterapii Perspektywy. Prowadzi konsultacje indywidualne oraz indywidualną psychoterapię osób dorosłych, również w języku angielskim. (www.psychoterapiaursynow.pl)

.

.

Reklama

Join the discussion 2 komentarze

Leave a Reply