Skip to main content

Epidemia koronawirusa w Polsce nie zwalnia. Z tygodnia na tydzień w statystykach Ministerstwa Zdrowia rośnie nie tylko liczba pozytywnie wykrytych przypadków zachorowań, ale również liczba zajętych łóżek szpitalnych, zajętych respiratorów oraz osób przebywających w izolacji. Od pojawienia się pierwszego pacjenta z koronawirusem w Polsce minęło już 8 miesięcy. Jak w tym czasie funkcjonowaliśmy jako społeczeństwo? Jakie zmiany na poziomie społecznym są już widoczne, a jakie jeszcze przed nami? Dlaczego ulegamy teoriom spiskowym? O polskim społeczeństwie w dobie koronawirusa mówi psycholog prof. dr hab. Dariusz Doliński w rozmowie z Kingą Bartkowiak. 

Panie Profesorze, zacznijmy od Pańskiego badania związanego z koronawirusem. Wystartował Pan z nim jeszcze przed pojawieniem się pierwszego przypadku zakażenia w Polsce. Minęło ponad pół roku, jakie są wyniki tego badania?

Zaczęliśmy badanie nad tzw. nierealistycznym optymizmem. Już tłumaczę na czym to zjawisko polega. Kiedy ludzie myślą o różnych wydarzeniach, które mogą się wydarzyć w przyszłości, to niektóre z tych wydarzeń są pozytywne, a inne negatywne: możemy dostać ataku serca, możemy zachorować na nowotwór, możemy zostać alkoholikami, możemy zarazić się wirusem HIV — cała masa negatywnych rzeczy może dotknąć nas i innych ludzi. Są też rzeczy pozytywne. Możemy sobie wyobrażać, jeśli jesteśmy młodymi ludźmi przed ślubem, że nasze małżeństwo będzie szczęśliwe, nasze dzieci będą utalentowane, możemy mieć świetną pracę bezpośrednio po studiach i zarabiać dużo pieniędzy. Jeśli ludzie mają oszacować prawdopodobieństwo, że te pozytywne i negatywne rzeczy będą się im przytrafiać, to, jak pokazał w roku 1980 kanadyjski psycholog Neil Weinstein, ludzie wierzą, że jest bardziej prawdopodobne, że pozytywne rzeczy częściej zdarzą się im niż przeciętnemu człowiekowi, a negatywne raczej przytrafią się innemu człowiekowi niż im. Weinstein ukuł do tego zjawiska termin “nierealistyczny optymizm”.

Przy czym trzeba od razu zaznaczyć, że przymiotnik „nierealistyczny” nie odnosi się do konkretnego człowieka. Jeśli np. ktoś wypija tylko umiarkowane ilości alkoholu i w dodatku pije rzadko, z pełną kontrolą i mówi, że jest mniej narażony na alkoholizm niż chociażby przeciętny student, to prawdopodobnie ma rację. W stosunku do tego człowieka nie powiemy, że on jest nierealistyczny albo niepoważny, ale jeśli statystycznie większość ludzi mówi „Jest mniej prawdopodobne, że będę alkoholikiem niż przeciętny człowiek” to w sensie grupowym mamy do czynienia ze stwierdzeniem nierealistycznym i niemożliwym matematycznie.

Byliśmy nierealistycznymi optymistami w stosunku do zagrożenia zarażenia koronawirusem?

Zastanawialiśmy się, czy takie zjawisko wystąpi. Mieliśmy pewne podstawy, żeby sądzić, że tak nie będzie. Gdy w Polsce prowadzone były badania po katastrofie w Czarnobylu, ludzie nie demonstrowali nierealistycznego optymizmu, a wręcz przeciwnie — większość była przeświadczona, że jest bardziej narażona niż przeciętny człowiek. Polskie badania zreplikował Jerry Burger po trzęsieniu ziemi w Kalifornii. Wówczas ludzie też byli przekonani, że to im bardziej grożą negatywne konsekwencje kolejnego trzęsienia ziemi niż komuś innemu. 

Wydawałoby się, że ludzki organizm jest mądry — na ogół lepiej być nierealistycznym optymistą, ponieważ to nas zwalnia ze stresu, z ciągłego martwienia się, że te negatywne sytuacje mogą się nam przytrafić. Ale wtedy, gdy robi się poważnie, to lepiej być nawet pesymistą niż realistą, ponieważ jesteśmy bardziej czujni, bardziej ostrożni, podejmujemy różne zachowania, żeby negatywne rzeczy nam się nie zdarzały. Postanowiliśmy więc zbadać, czy nierealistyczny optymizm zaniknie, gdy będziemy mieć do czynienia z rozwojem pandemii w Polsce. Udało nam się rozpocząć badania na grupie studenckiej jeszcze zanim pojawił się pacjent zero. Wiedzieliśmy jednak, że koronawirus do Polski dotrze, to było nieuniknione. Okazało się, ku naszemu zaskoczeniu, że studenci demonstrowali nierealistyczny optymizm. Podejrzewaliśmy, że ta postawa może załamać się wtedy, kiedy pojawi się pierwszy pacjent w Polsce. Ogłoszono, że mamy pierwszego pacjenta, zrobiliśmy kolejne badanie i studenci nadal demonstrowali nierealistyczny optymizm. Po kilku kolejnych dniach powtórzyliśmy badania i nierealistyczny optymizm utrzymywał się.

Byłam w grupie studentów biorących udział w tym badaniu i zastanawiałam się, jakie wyniki Państwo uzyskaliście. Czy utrzymywanie się nierealistycznego optymizmu było związane właśnie z tym, że badanie zostało przeprowadzone na grupie studentów, ludzi młodych?

Nie można mówić o takim związku, ponieważ później badaliśmy na przykład osoby z branży gastronomicznej, które, można powiedzieć, szczególnie nie mają powodu do optymizmu, ponieważ na co dzień stykają się z wieloma klientami, a ci klienci nie noszą w lokalach maseczek, rozmawiają ze sobą i kelnerami. Okazało się, że i osoby z tej branży prezentują nierealistyczny optymizm. Badano lekarzy, pracowników służby zdrowia, followersów blogów — bardzo różnych ludzi, w różnym wieku, różnych zawodów, mieszkających w małych, średnich, dużych miastach — okazuje się, że zjawisko nierealistycznego optymizmu jest bardzo powszechne. Robiliśmy również badania międzynarodowe z naszymi współpracownikami z krajów egzotycznych, takich jak Kazachstan czy Iran. Tam występuje jeszcze większy nierealistyczny optymizm niż w Polsce.

Panie Profesorze, dlaczego więc po katastrofie w Czarnobylu mieliśmy do czynienia z pesymizmem, a w przypadku koronawirusa obserwujemy zjawisko odwrotne?

To jest dobre pytanie i oczywiście post factum próbujemy wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Nie ukrywam, że byliśmy bardzo zaskoczeni wynikami naszego pierwszego badania. Właściwie byliśmy pewni, że zobaczymy efekt nierealistycznego pesymizmu.

Różnica może wynikać z tego, że tragedia w Czarnobylu czy też trzęsienie ziemi w Kalifornii, do którego odnosiły się badania Burgera, to były zdarzenia absolutnie nieoczekiwane i nagłe. Wiadomo było, że radioaktywne chmury nadciągają nad Polskę, ale to oczekiwanie trwało 3 dni. Wydaje się, że wtedy, gdy sytuacja zaskakuje, natychmiastową reakcją jest nierealistyczny pesymizm. Natomiast wprawdzie zbadaliśmy ludzi, zanim pojawił się pierwszy przypadek w Polsce, ale tak naprawdę wszyscy wiedzieliśmy od wielu tygodni, że koronawirus nadciąga. Wydaje się zatem, że być może wcześniej nastąpił nierealistyczny pesymizm, a potem zmieniał się on stopniowo w realizm i optymizm. Gdy robiliśmy badania dwa tygodnie po katastrofie w Czarnobylu, też mieliśmy do czynienia z realistycznym optymizmem. Podobne wyniki uzyskał Burger w kilka tygodni po wystąpieniu trzęsienia ziemi. Pesymizm jest bardzo alarmującą reakcją, która ma skłonić ludzi do pewnych działań zabezpieczających, ale trudno być ciągle nierealistycznym pesymistą, ponieważ jest to zbyt obciążające. W związku z tym po pewnym czasie wracamy do optymizmu jako naturalnego stanu. Sądzimy więc, że pesymizm w związku z koronawirusem również się pojawił, ale wystąpił wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem naszego badania.

Na początku marca we Wrocławiu doszło do pobicia szefa kuchni pochodzącego z Chin i pamiętam, że wówczas zastanawiano się, czy motywem napaści był nowy wirus. Niedawno pobito motorniczą, która zwróciła pasażerowi uwagę, że jedzie tramwajem bez maseczki. Mamy tu do czynienia z tym samym agresywnym zachowaniem, ale jednak wydaje się, że z innymi motywami. Dlaczego pandemia wywołuje tak skrajne i różne emocje?

W przypadku pierwszego okresu epidemii w Polsce z całą pewnością chodziło o znalezienie kozła ofiarnego — jeśli on ma żółtą skórę, jeśli prawdopodobnie jest Chińczykiem, to kojarzy się ze źródłem koronawirusa. To interesująca kwestia — czytałem wspomnienia osób, które ostatnio były w Chinach. Z kolei one zauważyły, że Chińczycy negatywnie odnoszą się do ludzi o europejskich rysach twarzy, np. izolują się od nich w środkach komunikacji miejskiej. Prawdopodobnie Chińczycy są teraz przeświadczeni, że mimo iż pandemia rozpoczęła się w ich kraju, to teraz biały świat stał się zagrożeniem. Niewykluczone, że gdzieś został pobity Europejczyk z analogicznego powodu, z którym mieliśmy do czynienia w marcu we Wrocławiu.

Teraz to już nie jest szukanie kozła ofiarnego, a agresja w stosunku do ludzi, którzy ograniczają wolność — nawet jeśli ta wolność jest patologicznie rozumiana. Mówię o patologicznym rozumieniu, ponieważ nienoszenie maseczki naraża innych ludzi. Wtedy mówienie o wolności jest nieporozumieniem, bo gdyby było inaczej, to mógłbym się upić i usiąść za kierownicą mojego samochodu. Nikt na taką wolność nie pozwala — i słusznie. Motornicza mówiąca „Proszę założyć maseczkę!” jest uosobieniem osoby, która do czegoś przymusza. Ktoś pokiwa głową i maseczkę założy, a ktoś inny będzie agresywny, bo, jak wiadomo, ludzie się różnią.

W ostatnich latach coraz głośniejsze stają się ruchy anty, negujące pewne zjawiska, odkrycia naukowe czy też obecny stan wiedzy. O ile wiara w to, że Ziemia jest płaska, raczej nie przynosi zagrożeń, to jednak negowanie skuteczności szczepionek czy niestosowanie się do zasady noszenia maseczek mogą przynieść negatywne konsekwencje dla społeczeństwa. Często za takimi zachowaniami stoją teorie spiskowe, np. dotyczące koncernów farmaceutycznych, które celowo wywołały pandemię. Dlaczego ludzie wierzą w teorie spiskowe?

Ludzie wierzą w teorie spiskowe, ponieważ świat, w którym żyjemy, jest światem złożonym, a nie czarno-białym. Bardzo często czujemy się zagubieni, niepewni, nie wiemy, jaka jest prawda. A w pewnych sytuacjach, np. podczas pandemii, czujemy się tak jeszcze bardziej. Nikt z nas przecież nie wie, jak długo potrwa pandemia, jak będzie się rozwijać, czy za tydzień będziemy mieć 15 000 czy 40 000 zakażeń dziennie. Są jakieś prognozy czy modele, ale one najczęściej się nie sprawdzają — to trochę jak wróżenie z fusów. Im bardziej ludzie są zagubieni, tym bardziej zagrożona jest ich potrzeba kontroli poznawczej i potrzeba rozumienia świata czy rozumienia tego, co się dzieje i jak to się będzie rozwijać.

Nauka natomiast nie daje jasnych odpowiedzi. Naukowcy często mówią “Nie wiem, prawdopodobnie, może”. Problem polega na tym, że teorie spiskowe dają absolutnie jasną odpowiedź, np. koncern farmaceutyczny chce na czymś zarobić. Ważnym elementem teorii spiskowych jest również to, że poważne konsekwencje muszą być wywołane przez poważną przyczynę. Nietoperz nie jest taką przyczyną, a chęć zarobienia ogromnych pieniędzy i w związku z tym knucie spisku już wydaje się poważne. 

Jasne, że są też osoby, które nie tolerują niejednoznaczności, lubią otrzymywać proste odpowiedzi, chcą, żeby wszystko się ze sobą łatwo zgadzało. Za spiskiem stoją także obce i groźne siły. Polak, prawdziwy Polak, nie mógł zrobić czegoś tak złego, to musiał zrobić ktoś z zewnątrz.

Panie Profesorze, a przypuśćmy, że bliska mi osoba choruje. Zależy mi na jej zdrowiu i martwię się o nią, chcę z nią porozmawiać, ale ona nie zna nikogo, kto by był zakażony koronawirusem i jest sceptycznie nastawiona do zjawiska pandemii. Uważa, że o ile w ogóle mamy do czynienia z niebezpieczeństwem, to jest ono mocno przesadzone, ponieważ na grypę też przecież co roku choruje sporo osób. Jest jakaś psychologiczna recepta na to, jak rozmawiać z kimś, kto nie wierzy w zagrożenie związane z koronawirusem?

Trudno znaleźć taką radę, a to dlatego, że ludzie najczęściej wierzą w te argumenty, które są zgodne z ich poglądami. Pani chciałaby przedstawić argumenty, które chwieją wizją świata.

Można spróbować znaleźć punkty wspólne. Na przykład: jeśli ktoś ma objawy, które mogłyby sugerować zakażenie koronawirusem, można takiej osobie powiedzieć „Jesteś chora”. Kiedy uzyskamy tutaj płaszczyznę porozumienia, można przejść dalej — „Nie przesądzam na co jesteś chora, że na pewno jest to koronawirus, ale sprawdźmy różne możliwości, idź do lekarza, przebadaj się”. I tak krok po kroku możemy przesuwać te argumenty. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie jest to proste zadanie i nie ma tutaj uniwersalnej recepty.

W związku z tym, że codziennie zalewani jesteśmy różnymi informacjami dotyczącymi pandemii, czasami nie łatwo jest odróżnić rzetelne dane od fake newsów. Jakie rady dałby Pan czytelnikom, aby pomóc im weryfikować informacje?

Najprościej jest weryfikować w wielu źródłach. Nawet jeśli pod jakąś informacją podpisany jest lekarz czy wirusolog, to jeszcze nic nie znaczy. Rzetelna wiedza nie jest reprezentowana przez jednego człowieka i na jednym portalu. Jeśli dowiadujemy się czegoś nowego i ważnego, spróbujmy sprawdzić w innych źródłach, czy znajdziemy tam dokładnie to samo.

Nie lekceważmy też siły fake newsów. Nam się może wydawać, że coś jest kompletną brednią i nikt w nią nie uwierzy, podczas gdy my sami możemy w nią uwierzyć, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Informacje, które przeczytamy, zostają w naszej głowie i niejako oddzielają się od źródła, a potem wpływają też na to, jak przetwarzamy kolejne docierające do nas newsy.

Jak Pan Profesor zauważył, obecnie żyjemy w tak niepewnym czasie, że trudno nawet wnioskować, kiedy pandemia się skończy. Byłoby to wróżenie z fusów. To, co możemy spróbować zrobić dzisiaj, to zastanowić się, jakie zmiany na poziomie społecznym już teraz są widoczne. Co według Pana zmieniła pandemia?

Przede wszystkim widoczne jest łatwiejsze przeżywanie negatywnych emocji. Ludzie zaczynają się więcej złościć — to jest obserwacja, która została potwierdzona badaniami. I nic w tym dziwnego. Nam się wydaje, że złościmy się przede wszystkim na ludzi, których nie lubimy. Tymczasem badania nad częstością przeżywania tej emocji pokazują coś zupełnie innego. Najczęściej złościmy się na ludzi bliskich, których kochamy. Gdybyśmy prowadzili dzienniczek odczuwania emocji złości, to się okaże, że złość pojawia się w stosunku do rodziców albo dzieci, jeśli je mamy, rodzeństwa, swoich przyjaciół. Zauważymy, że pandemia, która zmusza ludzi do przebywania cały czas z bliskimi, np. w domu, w obrębie rodziny, rodzi częstsze wybuchy złości. 

Druga kwestia to jest to, czego możemy się spodziewać. Prawdopodobnie będziemy mierzyć się z większą liczbą przypadków PTSD. Cała rzesza ludzi jest w trudnych sytuacjach, choruje, pozbawionych jest wsparcia. Chciałbym zwrócić uwagę na bardzo ważny problem psychologiczny — badania pokazują, że syndrom PTSD pojawia się wtedy, gdy w sytuacji stresowej ludzie są pozbawieni wsparcia społecznego. Ci, którzy podczas przeżywania tragedii, mieli wsparcie społeczne, najczęściej nie zapadają na syndrom PTSD. Obecnie problem polega na tym, że wiele osób starszych i chorujących, izolowanych społecznie, nie otrzymują tego wsparcia. Spodziewam się wzrostu występowania przypadków PTSD w społeczeństwie, a także, co za tym idzie, wzrostu odnotowywanych przypadków samobójstw.

Czy jest coś, co w tej sytuacji mogą zrobić psychologowie?

Psychologowie mogliby starać się dostarczać wsparcia społecznego osobom, które są samotne. Takich ludzi jest bardzo dużo w społeczeństwie i często o nich nie wiemy — również takiej wiedzy brakuje różnym organizacjom systemowym. Jest tak naprawdę niewielu wolontariuszy, którzy zajmowaliby się robieniem zakupów dla ludzi przebywających w kwarantannie. Nawiązanie kontaktu, choćby przez Internet, porozmawianie z nimi, to jest coś, co stanowi rolę psychologii stosowanej w dzisiejszych czasach.

W czasie wakacji nastąpiło rozluźnienie społecznej dyscypliny. W mediach pojawiały się wypowiedzi polityków różnych opcji, które albo miały działać uspokajająco, albo wręcz przeciwnie, ukazywały, że przed nami druga, poważniejsza fala zakażeń. Czy taki chaos informacyjny miał wpływ na to, że teraz część społeczeństwa niechętnie podchodzi do noszenia maseczek czy przestrzegania dystansu?

Absolutnie! Mamy do czynienia nie tylko z chaosem informacyjnym, o którym Pani wspomniała, ale również chaosem behawioralnym. Zacznijmy od informacyjnego — na początku pandemii dowiedzieliśmy się, że maseczki nie mają żadnego znaczenia i nie są potrzebne. Zwróćmy uwagę na to, że wówczas maseczek nie było w sklepach, nigdzie nie można było ich kupić. To skandaliczne, że władza była kompletnie nieprzygotowana do epidemii — brak maseczek, brak środków dezynfekujących, brak rękawic, czyli najbardziej elementarnych rzeczy. Brakowało też jakichkolwiek programów czy wskazówek dotyczących edukacji na poziomie podstawowym oraz średnim, więc gdy pojawiła się informacja o przejściu na edukację zdalną, szkoły nie wiedziały, co zrobić. Problem maseczek po kilku tygodniach czy miesiącach został rozwiązany i wówczas społeczeństwo otrzymało komunikat, że noszenie maseczek jest bardzo ważne, wskazane, a wręcz obecnie obowiązkowe.

Mało tego, mamy niespójność między tym, co słyszymy, a tym, co widzimy. Władza mówi, że konieczne są maseczki, a Prezydent Andrzej Duda twierdzi, że za maseczkami nie przepada i są one dla niego niewygodne. Premier mówi, że konieczna jest izolacja społeczna i noszenie maseczek, a otrzymujemy obraz premiera, który uczestniczy w specjalnym, zamkniętym pokazie filmowym, nie ma założonej maski, a obok niego siedzą inni ludzie. To wszystko bardzo łatwo sprzyja zarówno teoriom spiskowym, o których mówiliśmy, jak i przekonaniu, że nie wiadomo, co jest prawdą, skoro nawet od władzy otrzymujemy sprzeczne komunikaty. 

Panie Profesorze, a co w perspektywie minionych miesięcy wydaje się Panu najciekawszym zjawiskiem związanym z pandemią — coś Pana zaskoczyło? 

Najciekawsze wydaje mi się, że mimo strachu i zaniepokojenia pandemią, kiedy doszło do ogłoszenia przez Trybunał Konstytucyjny wyroku dotyczącego legalności aborcji, ludzie tak masowo wyszli na ulice. To było coś szokującego i niezwykłego. Mam 60 lat, przeżyłem stan wojenny, ale nigdy nie widziałem tak masowego ruchu jak w tej chwili.

Dziękuję za rozmowę.

Ekspert:

prof. dr hab. Dariusz Doliński — jeden z najbardziej cenionych psychologów społecznych w Polsce. Zajmuje się psychologią zachowań społecznych, psychologią emocji i motywacji. Analizuje techniki wpływu społecznego, mechanizmy ulegania wobec zewnętrznego nacisku i manipulacji społecznej. Interesuje się psychologicznymi aspektami marketingu i reklamy. Jest autorem licznych projektów naukowych, badań eksperymentalnych i teorii z zakresu psychologii społecznej, szczególnie zachowań konsumenckich oraz weryfikacji technik używanych przez ludzi do tego, aby efektywnie wpływać na innych.

Autorka:

Kinga Bartkowiak — absolwentka etnologii, studentka psychologii na Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Członkini Koła Naukowego Psychoterapii i Treningu.

Zdrowa Głowa

About Zdrowa Głowa

2 komentarze

  • Artur pisze:

    „Przede wszystkim widoczne jest łatwiejsze przeżywanie negatywnych emocji. Ludzie zaczynają się więcej złościć — to jest obserwacja, która została potwierdzona badaniami. I nic w tym dziwnego”.
    Więc jak się profesor dziwi, „że mimo strachu i zaniepokojenia pandemią, kiedy doszło do ogłoszenia przez Trybunał Konstytucyjny wyroku dotyczącego legalności aborcji, ludzie tak masowo wyszli na ulice. To było coś szokującego i niezwykłego”.
    „Ludzie zaczynają się więcej złościć” niekoniecznie przez kwestie „legalności aborcji”.
    Tę „złość” niektórzy politycy, dziennikarze, działacze itp. wykorzystują do swoich celów.

Leave a Reply