“Zdaję sobie sprawę, że jeśli byłbym stabilny, ostrożny oraz niezmienny, żyłbym w śmierci. Dlatego akceptuję zamęt, niepewność, strach oraz emocjonalne wzloty i upadki”

Carl Rogers

Od jednej z bliskich mi kobiet nauczyłam się, że w fotograficznej kompozycji ważna jest szpara — wąska odległość między przedmiotami czy osobami na zdjęciu, dzięki której fotografia nabiera dynamiki i mocy. Kilka lat później w tekście psychoterapeutki Sabiny Sadeckiej* przeczytałam o tym, że pośród opowieści snujących się w gabinetach znajdują się szczeliny, przez które terapeuta zaobserwować może przejawy autentycznej natury człowieka. Oba te porównania poruszają mnie w kontekście mojej psychoterapeutycznej historii: to, co dzieje się pomiędzy, jest szczególne — czy to na zdjęciu, czy w człowieku. Wystarczy się przypatrzeć i to w sobie (w kimś) odkryć.

W sierpniu minęły trzy lata od mojej pierwszej sesji terapeutycznej. Zawiodła mnie tam kręta droga objawów somatycznych, rozmów z lekarzami i obaw przed odsłonięciem siebie. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, kręte drogi, niczym na szlakach górskich, potrafią prowadzić do pięknych miejsc, nawet jeśli na początku wydają się one tajemnicze i groźne. Byłam przestraszona swoimi myślami, onieśmielona gabinetem i terapeutką.

Pomyślałam właśnie, żeby napisać o czasie jako lekarstwie na bolączki niepokoju i niepewności związanych z terapią, jednak byłaby to tylko część prawdy — i to niewielka część. Z tygodnia na tydzień, ze spotkania na spotkanie, supeł po supełku rozwijały się myśli i snuła się moja opowieść. Nie byłoby to możliwe bez relacji terapeutycznej — jednej z najsilniejszych relacji, którą udało mi się stworzyć, i która, mimo zakończenia terapii w gabinecie, nadal rezonuje i daje terapeutyczne owoce. To właśnie ta relacja sprawiła, że za sprawą terapeutki, jej obserwacji i oddzielania bohaterów życiowych opowieści od tła okoliczności, zaczęłam dostrzegać szczeliny.

Reklama

Pierwsza z nich ukazała się zaskakująco szybko i pozwoliła mi mieć nadzieję na kolejne efekty psychoterapii — zobaczyłam siebie w szerszym kontekście i zrozumiałam, że nie jestem sama w swoich doświadczeniach — otaczają mnie inne osoby, które podobnie czują, podobnie myślą, mają podobne problemy z byciem dla siebie troskliwym i dobrym. W teorii badaczki Kristin Neff jednym z elementów samowspółczucia, czyli serdecznego stosunku do samego siebie, jest świadomość wspólnoty doświadczeń z innymi ludźmi. Okazało się, że nie jestem osamotniona w swoim smutku, cierpieniu i zagubieniu. Nie jestem emocjonalnym dziwactwem. Pamiętam, że zdając sobie sprawę, że łączy mnie taka bliskość z nieznanymi mi osobami, rozsianymi po całym świecie, poczułam ulgę. Bo jak mogę być tak surowa dla samej siebie, skoro do tamtego człowieka, czującego to samo co ja, wyciągnęłabym rękę?

Kolejne szczeliny było łatwiej zauważać. Druga z nich odkryła tę część, na którą długo pozostawałam ślepa: nie wszystko jestem w stanie zmienić, a czasami tego, czego nie jestem w stanie zmienić tu i teraz, nie mogę też zaakceptować. Przed psychoterapią stoczyłam wiele walk z okolicznościami, na które tak naprawdę nie miałam wpływu i nie mogłam ich odwrócić na swoją korzyść. Nie potrafiłam wygrać, ani zaakceptować rezultatu, a raczej jego braku — tego, że mimo wkładanego wysiłku nic się nie zmienia. Psychoterapia (swój udział miała też tu książka Irvina D. Yaloma udostępniona przez terapeutkę) nauczyła mnie akceptować nieakceptowalne. Brzmi paradoksalnie? Tylko do momentu, kiedy przestaniemy przyjmować akceptację jako bierność albo pogodzenie się z czymś na zawsze, a zaczniemy postrzegać ją jako wybór, że w tym momencie mogę wieść wartościowe życie w tych okolicznościach, jednocześnie angażując się w te działania, na które mam realny wpływ. Dzięki Yalomowi dostrzegłam również, że w większości przypadków mam jakiś wybór — choćby tym wyborem było tylko moje nastawienie.

I w końcu trzecia z ważnych szczelin, być może ta najważniejsza. Po kilku czy kilkunastu miesiącach regularnego pojawiania się w gabinecie, z moich opowieści zaczęłam wynurzać się ja — ja prawdziwa, trochę neurotyczna, trochę nieśmiała i introwertyczna, może trochę zbyt surowa dla siebie. Pamiętam, że moją uporczywą myślą przed pierwszą wizytą u terapeutki było: “No, może na nowo stanę się sobą!”. Pamiętałam siebie z nastoletnich lat: radosną, pewną siebie, otaczającą się przyjaciółmi. Nie zauważałam (albo odmawiałam zauważania), że pomiędzy nastoletnimi czasami a chwilą przed wejściem do gabinetu minęło nie tylko wiele lat, ale i wiele krzywd, strat i przepłakanych dni, których nie da się wymazać gumką. Nie byłam już nią, 16-letnią dziewczyną — i nie mogłam się nią na powrót stać, mimo wciąż wyraźnie żyjącego we mnie jej obrazu. Zrozumiałam, że psychoterapia pozwala mi stać się sobą, a nie wyobrażoną wersją siebie.

Przychodząc do terapeutki, myślałam, że uda mi się plastrem zakleić te wszystkie cechy, których tak w sobie nie lubiłam, a po roku sesji zdejmę opatrunki i tych cech już tam nie będzie, zostaną wyleczone. Okazało się, że jedyny lek, którego potrzebowałam, to spojrzenie na dorosłą siebie i zrozumienie, że jestem sobą w swoich wadach i zaletach, porażkach i sukcesach, siłach i słabościach. Nie potrzebuję cofnąć czasu. Nie muszę trwać w niekończącym się procesie samodoskonalenia, szukania lepszej wersji. Co za piękna szczelina — widzieć siebie!

Reklama

Dzień Zdrowia Psychicznego to dobra okazja, by podzielić się swoim doświadczeniem psychoterapii, ale jednocześnie pokazać, że spotkania w gabinetach nie są magią. To wspólna praca szukania tych szczelin, a później przyjmowania ich i życia z nimi, co bywa trudne. Zresztą, nie zawsze bycie w terapii to pasma takich dobrych i uwalniających odkryć. Czasem miałam ochotę trzasnąć drzwiami albo zalać się łzami i wziąć wolne na cały dzień (albo i dłużej!) od odczuwania czegokolwiek. Nie jestem też fanką stwierdzenia, że wszystko da się gładko przepracować niczym na taśmie produkcyjnej. Myślę sobie, że czasem potrzebna jest akceptacja nieakceptowalnego albo świadomość, co powtarzam za Mateuszem Banaszkiewiczem, że czasami jedyną zmianą będzie dopuszczenie, że przez jakiś czas nic się nie zmieni. Jednak mimo tych wszystkich trudnych chwil oraz odkryć, które przynosiły dyskomfort, mogę śmiało i z głębi serca powiedzieć, że w moim życiu nie było drugiego tak wyzwalającego i głębokiego przeżycia jak psychoterapia.

Nie wiem, kim byłabym bez psychoterapii, ale wiem, że to właśnie ona, to odkryte dzięki niej szczeliny, pozwalają mi być sobą.

* Tekst Sabiny Sadeckiej, o którym wspominam na początku i z którego zapożyczam tytuł: http://opsychologii.pl/psychoterapia-jako-szczelina.html 

Autorka:

Reklama

Kinga Bartkowiak – absolwentka etnologii, studentka psychologii na Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Członkini Koła Naukowego Psychoterapii i Treningu.

Reklama

Author Zdrowa Głowa

More posts by Zdrowa Głowa

Leave a Reply

Podcast Zdrowa Głowa